Ja się tu urodziłem!

Sąsiad wynajął mieszkanie parze młodych ludzi, słoikom. W dni powszednie mijamy się na schodach wymieniając pozdrowienia. On ubrany jak maturzysta, ona jak sekretarka. Od czasu do czasu goszczą inne słoiki, ale nie urządzają weekendowych imprez do rana. Wieczorową piątkową godziną wyjeżdżają w rodzinne strony, aby się zaopatrzyć w wiktuały domowej roboty. Przez to wiedzie im się lepiej niż miejscowym, bo mało wydają na życie. Skąd wiem? Otwarte okna są jak radio nastawione na cały regulator.

Słoiki nie mają dobrej renomy. Na zderzakach samochodów z warszawską rejestracją można spotkać ostrzeżenie:

Ludzie z etykietą słoiki nie są lubiani przede wszystkim dlatego, że korzystając ze wszystkich dóbr miejskich nie płacą do miejskiego budżetu ani złotówki, bowiem podatki płacą w rodzimych miejscowościach. Skąd wiem? Otwarte okna…

Co słoiki robią w Warszawie? Głównie zarabiają pieniądze i ciągle zmieniają mieszkanie. Skąd wiem? Jak wyżej.
Jak niesie fama słoiki zabierają Warszawiakom miejsca pracy. W jaki sposób? Mają mniejsze wymagania, a najczęściej żadnych. Pracowałam kiedyś ze słoikiem w tej samej firmie. Nie była to osoba lubiana głównie dlatego, że po dwóch tygodniach od przjazdu przy lada okazji mówiła: „u nas w Warszawie”, i była chorobliwym dusigroszem.

Awersja do przyjezdnych w ogóle, nie jest wyłącznie domeną moich ziomków, ani rodaków. Generalnie na całym świecie przybysz nie jest mile widziany, czy to z innej miejscowości, czy kraju. Obcy narusza ustalony porządek rzeczy samą swoją obecnością. Polityczna poprawność, na siłę wprowadzana w Europie, nie zdała egzaminu.

Mieszczka

Sąsiedzi

 

Leciwe przysłowie mówi, że wiedzą sąsiedzi na czym kto siedzi. Od siebie dodam, że nie każdy. Zwłaszcza w wielkim mieście, jeśli nie gustuje w obsiadywaniu ławki przyblokowej i puszcza mimo uszu plotki zasłyszane od prawie zaprzyjaźnionej sąsiadki. Tak, jak ja. Aż tu…

Przed klatką schodową zaczepiła mnie nieznajoma:
– Zna pani pana (tu padło nazwisko), mieszka pod…
– Nie kojarzę człowieka.
Nie skojarzyłam nawet po szczegółowym opisie fizjonomi. Być może mijamy się na schodach, ale w czasach upadku wymiany grzeczności między sąsiadami, nikt się nikomu nie przygląda.
– Ale ci ludzie są! Pani sobie wyobrazi…
Zaintrygowała mnie ta obcesowość. Z chaotycznego zlepku informacji wyłoniła się historia o tym, jak to pani nęka pana pozwami, a on taki spokojny człowiek, że do rany przyłóż. Wiadomo, wszelkiemu złu na świecie winne są kobiety. A najbliższa jego sąsiadka odmówiła świadczenia w sądzie.
– Przecież nie chcę żeby kłamała, ale dała świadectwo jego nieskazitelnej moralności.

Nieznajoma trajkotała z prędkością światła, ani słowa wcisnąć, a odejść bez słowa to takie niegrzeczne. Gdybym nosiła naręczny zegarek to spojrzałbym na cyferblat znacząco.
Kiedy pani zamilkła, aby złapać oddech, powiedziałam, że przepraszam, ale nie widzę sposobu, aby jej pomóc, a poza tym bardzo się śpieszę.
Na odchodnym powiedziała coś co mnie rozbawiło:
– Pani może pomyśli, że jestem jego kochanką, nic z tych rzeczy… Pomaga mi czasem, to obsadzi choinkę, to… To bardzo dobry człowiek.

Nieznajoma wnioskując, że skoro rano wychodzę z domu, to najpewniej w nim mieszkam, a jeśli mieszkam to znam wszystkich sąsiadów oraz ich życie intymne, założyła, że będę przydatna. A tu niespodzianka.
Gdybym mieszkała z owym panem drzwi w drzwi, zapewne chcąc nie chcąc usłyszałabym to i owo przez super akustyczne ściany z wielkiej płyty. Czy uległabym prośbie wtrącenia się w jego prywatność? – zadałam sobie pytanie. Czy ryzykowałbym ewentualne przykre następstwa ze strony jego byłej? Niby siebie znam, ale…
Na ile bliskie sąsiedztwo zobowiązuje do podania pomocnej dłoni w sprawie tak trudnej i nie do końca klarownej, jak walka między byłymi partnerami? Hm…

Mieszczka

Od miesiąca mieszkam na placu budowy.

Nie, nie zatrudniłam się w UK ani innym kraju, gdzie zarabia się prawdziwe pieniądze. To ekipa remontowa wykonuje zlecenie odświeżenia i modernizacji budynków mieszkalnych od zewnątrz.
Od rana do wieczora hałas taki, że własnych myśli nie słyszę. Jasne, mogłabym wyjechać na łono natury, albo w inne miejsce, gdzie cisza dzwoni tak głośno, jak telefony w miejskiej komunikacji. Ale nie, tkwię wśród odgłosu pracy wiertarek i oparach kurzu, starając się nie wdychać drobinek płyt styropianowych, którymi ocieplony jest budynek. Nie, płyty same z siebie się nie sypią, tylko z powodu wymiany parapetów okiennych, która to czynność w efekcie narusza ten niezniszczalny rzekomo materiał izolacyjny.

Dlaczego nie wyjadę? To proste, budynek osaczony konstrukcją rusztowań to pokusa dla włamywaczy. Kilka dni temu nieznani sprawcy, wspiąwszy się na rusztowanie, okradli jedno z mieszkań. Tak też zdarzyło się przed laty, kiedy ocieplano budynek, kierując się zasadą „wszystko na opak” . Bo skoro planecie Ziemi grozi katastrofalne ocieplenie to trzeba ją wspomóc w cierpieniu. Niech wie, że człowiek to zwierzę empatyczne.
Efekt ocieplenia budynku jest taki, że w upalne lato w mieszkaniach jest większa temperatura niż na zewnątrz. Niektórzy cieszą się, że płacą mniejsze rachunki za c.o. Dziwnym trafem nie kumają, że to nie jest zasługa błogosławionego styropianu, ale zbyt wysokiej temperatury powietrza jak na zimę.
Na  nadupały jest rada – klimatyzator. Niestety, nie przysługujący z urzędu, jak woda, czy inne media. Dobry klimatyzator to spory wydatek, a poza tym… cholernik żywi się prądem elektrycznym, którego cena rośnie z roku na rok, jak pomidory w szklarni napędzane pestycydami.

Całe szczęście, że lodówka woła jeść i siłą rzeczy muszę wychodzić z domu, bo bym zbzikowała do reszty. Rzecz jasna, przed wyjściem zamykam wszystkie okna, bo jak wiadomo okazja czyni złodzieja. Szybkie zakupy i biegnę czym prędzej przewietrzyć mieszkanie, aby zaduch dwutlenku węgla wydzielanego przez rośliny doniczkowe nie pozbawił mnie przytomności. Rośliny nie są nastawione altruistycznie do człowieka. Po co więc trzymam w domu trucicieli? Cieszą oczy i są doskonałym uzupełnieniem wystroju wnętrza. Tak, tak, pamiętam ze szkoły, że w dzień rośliny pobierają dwutlenek węgla i w procesie fotosyntezy produkują tlen, a w nocy na odwrót. Ale wychodzi na to, że u moich domowych roślin ten proces uległ awarii.
Od kilku godzin poważnie rozważam zastąpienie ich pseudo obrazami kwiatów z galerii handlowej.

Po nocy spędzonej przy zamkniętych oknach (zagrożenie utraty dóbr materialnych) budzę się skoro świt, jak górnik w PRL-u na poranną szychtę. Czym prędzej wietrzę mieszkanie czatując przy oknach, czy się w którym nie pojawi sylwetka amatora mojej własności. I po spaniu.
Od miesiąca chodzę niewyspana, zaczadzona, ogłuszona i wkurzona.
Prace remontowe mają potrwać do sierpnia. Codziennie przekreślam datę w kalendarzu, niczym pensjonariusz zakładu karnego. Jedyne pocieszenie w tej stresującej sytuacji, że nic nie trwa wiecznie.

Mieszczka