Od miesiąca mieszkam na placu budowy.

Nie, nie zatrudniłam się w UK ani innym kraju, gdzie zarabia się prawdziwe pieniądze. To ekipa remontowa wykonuje zlecenie odświeżenia i modernizacji budynków mieszkalnych od zewnątrz.
Od rana do wieczora hałas taki, że własnych myśli nie słyszę. Jasne, mogłabym wyjechać na łono natury, albo w inne miejsce, gdzie cisza dzwoni tak głośno, jak telefony w miejskiej komunikacji. Ale nie, tkwię wśród odgłosu pracy wiertarek i oparach kurzu, starając się nie wdychać drobinek płyt styropianowych, którymi ocieplony jest budynek. Nie, płyty same z siebie się nie sypią, tylko z powodu wymiany parapetów okiennych, która to czynność w efekcie narusza ten niezniszczalny rzekomo materiał izolacyjny.

Dlaczego nie wyjadę? To proste, budynek osaczony konstrukcją rusztowań to pokusa dla włamywaczy. Kilka dni temu nieznani sprawcy, wspiąwszy się na rusztowanie, okradli jedno z mieszkań. Tak też zdarzyło się przed laty, kiedy ocieplano budynek, kierując się zasadą „wszystko na opak” . Bo skoro planecie Ziemi grozi katastrofalne ocieplenie to trzeba ją wspomóc w cierpieniu. Niech wie, że człowiek to zwierzę empatyczne.
Efekt ocieplenia budynku jest taki, że w upalne lato w mieszkaniach jest większa temperatura niż na zewnątrz. Niektórzy cieszą się, że płacą mniejsze rachunki za c.o. Dziwnym trafem nie kumają, że to nie jest zasługa błogosławionego styropianu, ale zbyt wysokiej temperatury powietrza jak na zimę.
Na  nadupały jest rada – klimatyzator. Niestety, nie przysługujący z urzędu, jak woda, czy inne media. Dobry klimatyzator to spory wydatek, a poza tym… cholernik żywi się prądem elektrycznym, którego cena rośnie z roku na rok, jak pomidory w szklarni napędzane pestycydami.

Całe szczęście, że lodówka woła jeść i siłą rzeczy muszę wychodzić z domu, bo bym zbzikowała do reszty. Rzecz jasna, przed wyjściem zamykam wszystkie okna, bo jak wiadomo okazja czyni złodzieja. Szybkie zakupy i biegnę czym prędzej przewietrzyć mieszkanie, aby zaduch dwutlenku węgla wydzielanego przez rośliny doniczkowe nie pozbawił mnie przytomności. Rośliny nie są nastawione altruistycznie do człowieka. Po co więc trzymam w domu trucicieli? Cieszą oczy i są doskonałym uzupełnieniem wystroju wnętrza. Tak, tak, pamiętam ze szkoły, że w dzień rośliny pobierają dwutlenek węgla i w procesie fotosyntezy produkują tlen, a w nocy na odwrót. Ale wychodzi na to, że u moich domowych roślin ten proces uległ awarii.
Od kilku godzin poważnie rozważam zastąpienie ich pseudo obrazami kwiatów z galerii handlowej.

Po nocy spędzonej przy zamkniętych oknach (zagrożenie utraty dóbr materialnych) budzę się skoro świt, jak górnik w PRL-u na poranną szychtę. Czym prędzej wietrzę mieszkanie czatując przy oknach, czy się w którym nie pojawi sylwetka amatora mojej własności. I po spaniu.
Od miesiąca chodzę niewyspana, zaczadzona, ogłuszona i wkurzona.
Prace remontowe mają potrwać do sierpnia. Codziennie przekreślam datę w kalendarzu, niczym pensjonariusz zakładu karnego. Jedyne pocieszenie w tej stresującej sytuacji, że nic nie trwa wiecznie.

M.

 

Reklamy

5 uwag do wpisu “Od miesiąca mieszkam na placu budowy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s